Opowiadanie erotyczne z przymrużeniem oka

Legenda o Tristanie i Izoldzie była już na wszelkie możliwe sposoby wykorzystywana w sztuce. Na jej podstawie pisano książki, opowiadania czy tworzono ekranizacje. Swego rodzaju majstersztykiem jest opowiadanie „Maladie” Andrzeja Sapkowskiego. Proponowanie Czytelnikom kolejnej wersji opatrzonej wstępem w stylu „Oto jest prawdziwa historia losów Tristana i Izoldy…”, co sugeruje, że inne były nieprawdziwe, wydaje się już chwytem literacko wyświechtanym. Zbyt dużo sam czytam, by próbować sięgać po takie sztuczki i czarować nimi Czytelników. To po prostu nie wypada.

Może nawet nie należy już pisać niczego na ten temat, jednak każdy kto choć trochę zawodowo czy amatorsko parał się pisaniem, powinien mnie zrozumieć. Zgadzam się poniekąd z wspomnianym już Sapkowskim, że pisarstwo to rodzaj rzemiosła. Nie ma sensu czekać na natchnienie, trzeba napisać to co napisane być musi. Na tzw. wenę twórczą czekają beztalencia.

Bywają i takie momenty, gdy pomysł przychodzi do głowy i nijak nie można go z niej wyrzucić. Źle się śpi, źle funkcjonuje, póki pomysł nie zostanie przetworzony na słowo pisane. Wtedy autor znowu jest wolny, chyba, że zostanie zawezwany do napisania kolejnej części przygód danych bohaterów. Nierzadko bohaterowie żyją własnym życiem i bynajmniej nie mówią i nie robią do końca tego, czego oczekuje od nich autor. Cokolwiek o tym myśleć, tak właśnie jest. To też częściowo zwalnia autora od odpowiedzialności za wyczyny postaci literackich, czy za ich słowa. Tego co powiedzieć nie wypada wprost, oni mogą nawet wykrzyczeć. Tak więc i ja składam całą odpowiedzialność na narratora. Owego złośliwego i niepokornego barda, którego za chwilę poznacie. Wszystko co Wam się w tym opowiadaniu spodoba jest zasługą autora, co uznacie za złe lub niestosowne, miejcie za złe tylko narratorowi.

Inwokacja

Zamilczcie muzy, gdy bard przemawia. Nie burzcie mi toku myśli i nie wplatajcie słów nazbyt górnolotnych.
Świat zwykle nie czeka na bohaterów nawet, gdy deklaruje coś innego. Bohater miesza nadmiernie w ludzkich losach. Wnosi zbyt wiele dramatyzmu, a na koniec jeszcze oczekuje poklasku. Doceniają go dopiero przyszłe pokolenia, bo jemu współcześni za dobrze wiedzą co to za gagatek.
Rolą bohatera jest bronić wartości i walczyć ze złem. Zwykle wartości pogrążone bywają jeszcze bardziej, a zło i tak wychodzi obronną ręką. Serca zdeptane zostają na bruku, a rozsądek cicho wyje w kanalizacyjnym rowie z rzadka pokrzepiając się gorzałką.
Bohater ma poczucie misji, co czyni go niebezpiecznym dla otoczenia. Im większe poczucie misji tym gorzej. Prawdziwa chwała należy się tym bohaterom, którzy potrafili w odpowiednim momencie spuścić z tonu i oddać się czemuś bardziej przyziemnemu. Nie rzucali się samotnie na całe armie, ani nie zmieniali miłości w wielki dramat, lecz potrafili cieszyć się seksem. Sami musicie ocenić, jakim bohaterem był nasz Tristan.

Zamiast wstępu

Było to dawno. na tyle dawno, że już nikt nie pamięta kiedy. Dziś jestem stary, a żyję dłużej niż niejeden człowiek. Natenczas byłem bardem celtyckiego króla o imieniu Calhum. Moich pieśni słuchała głównie królewna Izolda Złotowłosa, bo sam król raczej kiepski miał słuch, a i w poezji mocny nie był. Miecz, jak i lenne krainy, dzierżył w dłoniach twardo, a wszem znany był z nieludzkiej siły okrucieństwa, a i ponoć z wielkiej męskiej potencji.
Imię moje Perynis. Jako, że zapewne słyszeliście już sporo o tej sprawie rycerza Tristana i królewny Izoldy, nie będę wprowadzał Was we wszystkie szczegóły. Chcę tylko naprostować to, co przekłamane zostało w imię fałszywej skromności.
Zaczęło się od tego, że dumny Morholt pojechał jak zwykle zbierać haracz do Kornwalii. jednak tym razem nie wrócił na koniu, lecz na wozie i to niekompletny. Ktoś odrąbał mu to i owo. Ponoć walka był sroga, ale jak to tam było naprawdę nikt nie wie. Króla to strasznie rozzłościło i…

Część pierwsza – czarownik na potencję

Brangien była jeszcze młodą i dość ładną dwórką Izoldy. Niczego jej nie brakowało, zwłaszcza powodzenia. Tym dziwniejsze było, że skradała się teraz do jaskini czarownika, który miał dość dziwną specjalność magiczną. Głównie zajmował się poprawą libido kobiet i potencji mężczyzn. Za to też popadł w niełaskę na dworze, bo król nie widział powodu, by dopuszczać wokół siebie konkurencję w jakiejkolwiek dziedzinie. Także seksualnej.
Chodziły do niego tylko ukradkiem niewiasty, gdy ich mężowie lub kochankowie nie spełniali pokładanych w nich nadziei. Brangien rozglądając się niepewnie weszła w głąb jaskini. Mokro tu było i nieprzyjemnie. „Takie uroki królewskiej nielaski” – pomyślała i szybo ruszyła do przodu. Pod dwudziestu paciorkach błądzenia trafiła na maga. Siedział zadumany i jakby nieobecny.
– Potrzebuję pomocy – zaczęła
– Ty? – zdumiał się mag
– Właściwie to nie ja, ale królewna Izolda…
– Niewiasto, wiesz czym się zajmuję. Azali Izolda nie powinna dziewicą pozostać do zamążpójścia? – zapytał złośliwie. Brangien się skrzywiła.
– W jakich czasach ty żyjesz? Smoki i dziewice ci się marzą? Dajmy pokój niewczesnym bajaniom.
– Czego tedy chce wysoko urodzona? Czegoś na swoje libido, by o niedoli niewinności zapomnieć?
– Nie. Z libido Izoldy wszystko jest w porządku, o czym zdołała już przekonać kilku rycerzy i paru niższych stanem. Królewna nie ma uprzedzeń klasowych.
– Tym bardziej nie wiem, czym miałbym jej służyć.
– Słyszałeś pewno o tym, że Morholta w częściach przywieźli…
– To moje możliwości przekracza. Jemu męskiej potencji przywrócić nawet ja nie zdołam…
– Ach, nie bądź głupi. Są granice przyzwoitości, których nawet Izolda nie przekracza. Chodzi o rannego wojownika, którego znalazła w lesie. Domyślając się kim jest ukryła go przed ojcem i leczy. Król zagniewany jest o śmierć swego rycerza i obcych nierad widzi. Pewnie to ktoś z orszaku jego wroga króla Marka. Spodobał jej się ten znaleziony, ale z ową potencją jakoś u niego krucho. Może to od ran, może z innego powodu. Tu właśnie potrzebna twoja pomoc.
– To co innego – w czarownika wstąpiły nowe siły. Zeskoczył raźno ze skały, na której siedział. Poszperał na skalnych pułkach, coś stłukł i wreszcie znalazł to czego szukał.
– To jest to – wykrzyknął – ten jest najlepszy na potencję. Po takich tabletkach Izolda będzie miała pociechę z onego wojownika. Opóźnia erekcję i dodaje sił witalnych…
– Erekcję opóźnia, czy ejakulację?
– Przepraszam. Stary już jestem i mieszają mi się te nowe pojęcia. W każdym razie efekt murowany.
– Co za to chcesz? – spytała Brangien. Mag zamyślił się na chwilę. Potem spojrzał badawczo na swego gościa – Tak sobie myślę, że po prostu wezmę tabletkę  i sprawdzimy, jak to działa. Przecież nie chcemy królewny rozczarować…

Część druga – konsternacja kochanków

Człek nie koń jeno bestia myśląca i rozumna. Tedy mnie nie przynaglajcie. Zaraz opowiem co dalej było, tylko się Bushmillsem pokrzepię, by jako ów koń wody nie żłopać. Legenda zaś jest nieśmiertelna, więc i nam nie ucieknie. Za to bard umrzeć z pragnienia może…

Pytacie mnie skąd wiem, co się działo w jaskini pomiędzy urodziwą Brangien, a paskudnym czarodziejem co pokątnie magiczny środek Eronem Plus zwany sprzedawał? Niech piorun na miejscu trafi tego, kto uważa, że łgam lub ową parę podglądałem. Bard swój honor ma. Kryć się po kątach nie musi. Myślicie może, że czarodziej do dżentelmenów się zaliczał? Do tych co o pewnych sprawach nie rozprawiają? Nic z tych rzeczy. Pochwalił się tym już kilka dni później. Może to on zmyślał, ale ja tylko powtarzam com słyszał. Wasza rzecz wierzyć lub nie wierzyć.
Idźmy dalej w naszej opowieści. Jam też nie dżentelmen ino bard. Inne są moje powinności. Jeszcze łyk złocistego trunku i opowieść może toczyć się dalej…

Fakt, że Brangien z wielkim poświęceniem tajemniczy środek na potencję zdobyła wszystkich problemów nie rozwiązał. Sam Tristan, mąż okazały i dzielny, popadł w melancholię. Nie dość, że ramiona osłabione od ran posłuszeństwa mu odmawiały i długo jeszcze mieczem władać nie będzie mógł, to i inna część ciała dobrze się nie sprawiała. Czym tu zaimponować pięknej królewnie? Jeno dyshonor.

Izolda natomiast była damą o nienagannych manierach. Wiedziała, że łatwo honor rycerza urazić. Nie mogła wprost podać mu przyniesionego Eronu i wyjaśnić czemu służy. Na tej drodze serca mężczyzny się nie zdobywa, a na zawsze zrazić go można.

Trwali tak oboje kilka dni w konsternacji. Izolda pielęgnowała Tristana, rany powoli się goiły, ale napięcie rosło. Jak zawsze wkroczyć musiała zacna Brangien. Bez jej udziału nie byłoby tej legendy ani symbolu wielkiej miłości. Wprawdzie ludzkość doskonale by się bez tego wszystkiego obyła, ale biedny bard nie miałby o czym śpiewać, a tysiące mężczyzn dotkniętych problemami z erekcją nigdy nie znalazłoby wyjścia z trudnej sytuacji.

Służąca widząc, że sprawa utknęła w martwym punkcie starła dwie tabletki na proszek i wsypała do kielicha z winem przeznaczonym dla Tristana. Stąd wzięło się to przekonanie o napoju miłosnym, który połączył kochanków. Inni posługiwali się takim eufemizmem. Tylko ja odważyłem się opowiedzieć Wam czym był w istocie ten napój.
Wino ze środkiem na potencję rzeczywiście połączyło kochanków. Ich kłopoty na razie się skończyły. Rozpoczęła się za to wielka miłość. Jednak to nie koniec opowieści.

Część trzecia – skutki braku dyskrecji

Czarodziej był paplą jakich mało. Nie tylko mnie opowiedział o wizycie Brangien. Lubił się chwalić, a w jego profesji to nie przystoi. Powinien zachować więcej dyskrecji lub choćby trochę rozsądku. Szybko sprawa doszła do uszu króla. Co by złego nie mówić o tyranach, zazwyczaj wywiad mają bardzo dobrze zorganizowany. Wszelkie zaniedbania w tej dziedzinie mszczą się straszliwie.

Tym sposobem król dowiedział się o romansie córki. Nie dość, że nie z własnych rycerzem, to wprost z wrogiem. Najprawdopodobniej z tym samym, którym śmierć zadał mężnemu Morholtowi. Stary mag już wcześniej podpał królowi, więc teraz bez ceregieli wzięto go na tortury. Trochę porozciągano, nieco przypieczono, ale nic więcej z niego nie wydobyto. Kryjówki Tristana nie zdradził, bo jej nie znał. Jedynie wydał resztę zgromadzonych afrodyzjaków i pogodzony z losem wyzionął ducha.

Rozpoczęto cichą inwigilację dworzan. Wsparto to działanie śledzeniem wszystkich podejrzanych, a zwłaszcza samej Izoldy. Podjęta z rozmachem akcja wywiadowcza musiała prędzej czy później przynieść pożądane efekty.

W tej sytuacji Tristana i wielką miłość mogła uratować tylko jedna osoba. Brangien. No cóż. Nie moja to wina, że wszędzie jej pełno w tej opowieści, ale skoro kochankom tylko jedno było w głowie, ktoś inny musiał czuwać i myśleć za nich. Brangien głupia nie była. Nie uszło jej uwadze co się wokół dzieje. Doniosła swej pani jej ukochanemu o podjętych poszukiwaniach. Izolda popadła w rozpacz, a Tristan uznał, że miecz chwyci i zginie jak bohater. Z dezaprobatą pokręciła głową dzielna służąca. Czemu główne postacie legend zawsze odznaczają się taką głupotą? Czy jest to jakiś warunek wstępny i konieczny, by bohaterem zostać?

Jednak nie było czasu na snucie podobnych rozważań. Brangien miała umysł praktyczny i widziała, że już wkrótce kochankowie zostaną przyłapani, jeśli ona niczego nie wymyśli. Wprawnym okiem oceniła stan zdrowia Tristana. Skoro za miecz chciał chwytać, to chyba i wiosłować będzie już umiał.

Bez ociągania wyekwipowała mocną łódź. Tristan zaopatrzony w wodę i jedzenie wyruszył na morze. Skorzystał z nadchodzącego odpływu, by ujść pogoni. Uroczyście przyrzekł, że wkrótce powróci po swą ukochaną. Inaczej pewnie by go nie puściła. Rozstali się wreszcie po czułym pożegnaniu. Natomiast o tym, co stało się z Eronem plus, a dokładniej z resztą opakowania, legenda milczy, więc i bard zamilczy. Do czasu! Do czasu…

Część czwarta – bohater na morzu

Ktoś o naturze skłonnej do romantycznych opisów zabawiłby Was teraz werbalnymi obrazami morza i małej łódki, na której nasz bohater przedziera się przez fale. Utkałby przed słuchaczami sieć zręcznych metafor i zmusił do łez nad losem nieszczęsnego Tristana rzucanego falami przez nieczuły żywioł. Serce jego rozdarte jest tęsknotą za kochanką… Ja zaś wolę podać Wam nagie fakty, z czymkolwiek ta nagość kojarzyć się niektórym tu będzie. Nie jest to bowiem opowieść dla dzieci niedojrzałych jeszcze…
Tristan wyprawiony na morze miał spore zapasy żywności i baryłkę mocnego wina. Zamiast tedy przykładać się do wiosłowania często popijał i rozmyślał. Taką już miał naturę. Zdziwić to może, że bohater trudną sztukę myślenia posiadł, gdyż zwykle bohaterowie działają bez namysłu. Nie będę ukrywał, że myślenie przychodziło mu z trudem. Jednak starał się. Rozmyślał zaś głównie o nocach spędzonych z Izoldą Złotowłosą. Musimy tak ją nazwać bowiem, pojawi się w tej opowieści jeszcze inna Izolda i bałagan nam się zrobi, z którego potem trudno będzie wybrnąć.

Nie były to wspomnienia romantyczne. Dziwił się Tristan, że nie mógł, a potem nagle mógł. Pamiętajcie, że o Eronie Plus nic nie wiedział. Co może wydać się o tyle zabawne, że o tym środku na potencję wiedział już cały królewski aparat ścigania. Informacje wydobyto przecież od czarodzieja na torturach.

Dla naszego bohatera była to zagadka nie lada. Przystojny był, co przyznać mu trzeba. Kobiety od dawna się za nim uganiały. Jedne z wolno i ostrożnie, a inne niemal szaleńczym biegiem. Suknie tylko lekko podkasawszy. Nic to, że damie biegać nie przystoi. Gdy Tristan był na horyzoncie niejedna traciła głowę. Bywało, że nie tylko głowę.
Znał swoje możliwości. Zawsze pragnął by były większe. W bitwie bał się straszliwie, ale głupio mu było, że wszyscy na niego patrzą, więc walił bez namysłu kogo popadnie w dzikim zapamiętaniu i tak zdobył sobie sławę tęgiego wojownika. Dużo miał przy tym szczęścia i dopiero ostatnio odniósł poważne rany. Znowu nie wypadało się nad sobą rozczulać i należało udawać, że mężnie znosi się ból.

Jeszcze gorzej było w sypialni. Damy wymagały od niego wiele, a on niewiele mógł. Nie miał takiej potencji, by wszystkie były zadowolone. Obawiał się nawet, że żadna zadowolona nie jest. Dziwnym trafem same damy jakoś urażone specjalnie nie były, a w każdym razie nie dawały tego po sobie poznać. Było dla nich wyzwaniem zdobyć Tristana, więc potem nie wypadało się uskarżać. Lepiej było pochwalić się szeptem przyjaciółce, a nich zazdrości skoro sama niedojda!

Nagle wszystko się zmieniło. Nigdy nie doświadczył takich uniesień, jak z Izoldą. Był przy niej właśnie taki, jak zawsze chciał być. Co sprawiło tę zmianę? Czy sama uroda i namiętność Izoldy? Może czary jakoweś w tym były? Co będzie następnym razem? Czy teraz będzie podobnie z innymi kobietami, czy znowu zawiedzie? Kłębiły się myśli w głowie naszego bohatera, która to głowa do takiego nawału refleksji nie była przyzwyczajona. Nic tedy dziwnego, że go strasznie rozbolała. Jedynym lekiem było wino. Pił więc coraz więcej, a coraz mniej wiosłował. Łódka płynęła tam, gdzie pchały ją fale.

Musiało się to skończyć wypadkiem. Łódka trzasnęła o skały a spity do nieprzytomności Tristan padł na brzeg. Nie utopił się tylko dlatego, że pijacy zazwyczaj mają sporo szczęścia. Tedy napijmy się i my, by szczęście się od nas nie odwróciło…

Część piąta – pojawia się Izolda o Białych Dłoniach

Historia lubi się powtarzać. To znany frazes i wielokrotnie potwierdzony licznymi obserwacjami. Oto Izolda o Białych Dłoniach przechadzała się brzegiem morza. Tak, Mości Państwo. To ta druga Izolda. Powiadają, że też piękność wielka, choć temperamentem Izoldzie Złotowłosej nie dorównywała. Zwykle snuła w czasie spacerów rozważania o romantycznym i delikatnym bohaterze. Przez jakiś czas była nawet zakochana w pięknym paziu, ale zimą zjadły go wilki, więc młode serce poszukiwało teraz innego obiektu westchnień.

Izolda była córką księcia, a ojciec jej był wasalem króla Marka. tego samego, z którym toczył nieustanne walki okrutny ojciec Izoldy Złotowłosej. W przeciwieństwie do swej imienniczki nie używała życia, lecz tylko o nim marzyła.
Tak więc marząc o bohaterze znalazła na plaży zalanego w trupa Tristana. Żaden mężczyzna w tym stanie do serca przypaść jej nie mógł. Jednak wrażliwa była na ludzkie cierpienia, więc kazała służbie zabrać nieszczęśnika do zamku. Sama nie zamierzała zawierać z nim bliższej znajomości, zwłaszcza tak bliskiej, jak Izolda Złotowłosa.

Uporawszy się z niespodzianym gościem, wróciła do swoich marzeń. Tymczasem książę poznał znakomitego rycerza swojego suwerena i kazał się o niego zatroszczyć medykom. Gdy Tristan się ocknął i dowiedział o swojej aktualnej sytuacji, zrobiło mu się głupio. Opowiedział o tym, jak to ledwo uszedł z życiem z rąk siepaczy Calhuma. Ubarwił opowieść kilkoma potyczkami i na koniec wspomniał o tym, jak za pomocą wina starał się przywrócić sobie siły utracone w boju i na skutek odniesionych ran. Jak widać kuracja odniosła dobry skutek, bo rany były już niemal wygojone. To zaś wzbudziło dla niego wielki podziw pośród słuchających.

Poznał wreszcie na trzeźwo i samą Izoldę. Ona patrzała na niego nieco bardziej przychylnie (trzeźwy prezentował się lepiej), choć spojrzenie to dalekie było od zachwytu. On zaś zainteresował się nią, bo chciał wypróbować swoje nowe męskie możliwości. Nie widział, że zawdzięcza je tabletkom na potencję, bo gdyby wiedział byłby pewnie bardziej powściągliwy. Nie było też przy nim niezastąpionej Brangien, która zawsze w takich sytuacjach spieszyła na ratunek. Krótko mówiąc – kompromitacja wisiała na włosku nad jego głową niczym miecz Damoklesa.

Część szósta – Izolda o Białych Dłoniach w niebezpieczeństwie

Cóż to, za tak piękną opowieść napitku żałujecie bardowi? Czyż dalej mam prawić o suchym pysku i wymowę kaleczyć? Zapewne odbije się to na całej opowieści. Niełatwo jest przestawić przygody mężnego Tristana i pięknej Izoldy, a właściwie to dwóch Izold, co tym bardziej pokrzepienia wymaga. Gdyby chodziło o jedną Izoldę to co innego, a o dwóch to ja już na trzeźwo opowiadać nie będę. Oto i kolejna butla zacnego Bushmillsa, więc do rzeczy moi mili. Czekają nas chwile grozy…

Tristan bawił czas jakiś na dworze księcia. Do króla Marka specjalnie mu się nie spieszyło. Intrygowała go bowiem Izolda o Białych Dłoniach, a właściwie to raczej własna sprawność seksualna. Miał w pamięci Izoldę o Złotych Włosach i była to pamięć przesiąknięta gorącym uczuciem, ale nie przeszkadzało mu to starać się o względy jej imienniczki.
Zaś sama Izolda nie była zbytnio zainteresowana Tristanem. Wydał jej się zrazu prostakiem zwykłym, bo ani pieśni pięknych pod oknami jej nie zawodził, ani też dworską mową nie zabawiał, a tylko jakieś niezrozumiałe aluzje czynił.

Po kilku tygodniach nieudanych zabiegów zniechęcił się nasz bohater, a i coraz trudniej było znaleźć pretekst pozwalający bawić na książęcym dworze. Rany już dobrze się wygoiły i wszelka przyzwoitość nakazywała gościnnego gospodarza pożegnać, a nie córkę mu podstępnie uwodzić.

Oznajmił więc ostatecznie księciu chęć wyjazdu. Po cichu usiłował sobie przypomnieć, czy na dworze króla Marka znajdują się jeszcze jakieś warte jego uwagi damy. Nie wiedział też, jak zmieniła się sytuacja w czasie jego niebytności.

Książę w zasadzie się ucieszył. Miał już trochę dość Tristana i rad był się go pozbyć. Z tej wielkiej radości urządził pożegnalne polowanie na jego cześć. Wszystko odbyło się z wielkim przepychem. Nie będę się rozwodził nad tym ile zwierząt ubili mężni myśliwcy. Ważniejsze jest to, że i damy zobowiązane były w polowaniu brać udział i rycerzy oklaskiwać oraz podziwiać. Zaś tak się złożyło, że wielki odyniec wymknął się obławie i nagle wypadł na polankę, na której znajdowała się się Izolda z damami. Niewiasty krzyknęły przerażone i rozbiegły się w popłochu. Dzik ruszył wprost na sparaliżowaną ze strachu księżniczkę.

Zobaczył to Tristan, który był najbliżej. Uznał, że jeśli dzik zabije Izoldę na jego oczach to książę nigdy mu tego nie wybaczy. Okryje się niezmywalną hańbą w oczach wszystkich po wieki. Błyskawicznie ocenił sytuację nawykłym do niebezpieczeństw okiem bohatera. Najlepsze co mógł zrobić, to szybko uciec i potem udawać, że go w tym miejscu nie było i nie mógł pospieszyć na ratunek. Ruszył więc biegiem w przeciwnym kierunku. Ledwo zrobił dwa kroki potknął się nieszczęśliwie, zmachał rękami by utrzymać równowagę i…
Oszczep trzymany w dłoni poleciał z wielką siłą do tyłu. Zatoczył łuk i trafił odyńca w kark kładąc go trupem na miejscu u stóp Izoldy. W tym samym momencie Tristan ostatecznie stracił równowagę i runął twarzą w błoto. Księżniczka westchnęła, zemdlała i dołączyła do gromady upadających.

Gdy nadbiegli pozostali upaprany błotem bohater stał na martwym dzikiem i nieprzytomną księżniczką. Wielki guz na czole świadczył o srogości walki, jaką przed chwilą stoczył. Sława Tristana wzrosła niepomiernie. Książę rozpływał się w podziękowaniach i oświadczył, że nasz bohater nie może teraz tak po prostu wyjechać. Bowiem czeka ich trzydniowa uczta na jego cześć. Niektórzy nawet po cichu przebąkiwali, że należy się wybawcy ręka księżniczki. Radośnie wracano na dwór.

Część siódma – miłość ci wszystko wybaczy, zwłaszcza ta nieuświadomiona

Rozpoczęło się świętowanie. Mięsa z polowania było w bród, a i wina sporo się znalazło. Niektórzy rycerze po kątach nawet bimber popijali. Izolda też szybko doszła do siebie, bo w sumie najmniej ucierpiała. Teraz z płonącym sercem zeszła do biesiadników. Pamiętała wielki oszczep, który położył atakującego ją potwora trupem. Dworzanie zaś dopowiedzieli jej, z czyjej ręki ten oszczep wyfrunął. Wszędzie też szeptano o wielkiej sile, która jednym rzutem zdołała powalić tak wielką bestię. Moc to wręcz nieludzka.

Izoldę posadzono u boku Tristana. Teraz już nie wydawał jej się tak grubiański. Zaczęła cenić sobie jego męskie wdzięki. Sam Tristan inteligencją i ogładą nie grzeszył, ale wszak ostatnim durniem też nie był. Od razu dostrzegł nadarzającą się sposobność.

Gdy już uczta przeszła w etap, w którym większość biesiadników szuka czegoś ospale pod stołem, inni przysypiają z nosem w misie z sosem, a co niektórzy opowiadają w kółko to samo, młodzi wymknęli się chyłkiem. Wyminęli kilku leżących oraz jednego woja wyrywającego sobie włosy z głowy. Na jego twarzy błąkał się głupawy pijacki uśmiech. W zamkowym wykuszu jakaś para obściskiwała się zajadle, co jednak nie wypadało wysoko urodzonej księżniczce, ani też znakomitemu rycerzowi. Skierowali tedy swe kroki do sypialni.

Dopiero tam zdarli z siebie ubrania. To znaczy Tristan zdarł z obojga, bo Izolda nie była pewna czy tak to powinno wyglądać. Po kilkunastu minutach tego, co nasi potomni nazwą kiedyś grą wstępną, Tristan poczuł nie silne pożądanie, ale rozczarowanie. Znowu zawiódł. W tym momencie ostatecznie uznał, że jedną kobietą dla niego jest Izolda Złotowłosa. Inne nie potrafią go rozbudzić. Skąd miał biedny wiedzieć, że to zasługa tabletek? Jeszcze mniej wiedziała Izolda o Białych Dłoniach. Dla niej wszystko było w jak najlepszym porządku. W czytywanych wierszach nigdy słowo „orgazm” nie padło. W romantycznych opowieściach kurtyna zawsze zapadała, gdy kochankowie oddalali się w miejsce osobne. Widać tak to wygląda i jest całkiem przyjemne.

Bardzo się natomiast rozczarowała, gdy nazajutrz znakomity bohater i kochanek oświadczył jej ojcu, że do końca uczty zostać nie może. Wzywają go obowiązki wobec króla. Obiecał jednak, że przy nadarzającej się okazji powróci. To samo, choć mnie oficjalnie zapowiedział Izoldzie. W rzeczywistości nie miał zamiaru tu wracać. Niby po co? Jeszcze zeswatają go z tą rozmarzoną panną i już na zawsze pozostanie impotentem.

Oddano mu do dyspozycji wielką łódź wiosłową i dziesięciu wojów. Został obdarowany złotą zbroją i wyruszył na morze. Teraz pozostawało powrócić do króla Marka i znaleźć jakiś sposób, by zdobyć Izoldę o Złotych Włosach. natomiast Izolda o Białych Dłoniach przesiadywała od tej pory w oknie wieży, z której najlepszy był widok i tęskniła namiętnie. Gdy zaś tęsknienie samo stawało się nieco nudne, czytywała wiersze.

Część ósma – rozterki króla Calhuma

Widzę, że szklanica moja pusta i nikt o to nie dba. Och, nie ceni się tutaj sztuki należycie. Nie dbacie o wasz rozwój kulturalny i za nic macie tych, którzy ową kulturę krzewią. O! Dziękuję ci dobry człowieku. Teraz opowieść nasza może toczyć się dalej. Jest zaś o czym prawić. Niektórzy twierdzili, że Tristan w drodze do króla Marka trafił na kolejny zamek, próbował następną księżniczkę uwieść, ale to wszystko nieprawda. Miał już dość porażek miłosnych i teraz myślał tylko o Izoldzie Złotowłosej. Jak do niej powrócić. Los zaś miał się do niego niebawem uśmiechnąć. Tyle, że jak to zwykle z uśmiechem losu bywa – krzywy to był uśmiech, podstępny i paskudny. Oj paskudny!

Zaś sama Izolda o Złotych Włosach wzdychała z tęsknotą za swych ukochanym. Była wprawdzie kobietą z charakterem, a i zapas tabletek jej został, więc pocieszyć się chwilowo umiała. Większość pocieszycieli nawet magicznego środka na potencję nie potrzebowało. Niemniej czuła, że z Tristanem wiąże ją coś więcej. Nie wiedziała biedna, że to przeznaczenie podstępnie wplata ich losy w kłębek, z którego ma zamiar utkać nieśmiertelną legendę. Póki co używała życia…
Król Calhum byłby kompletnym idiotą, gdyby nie wiedział co jego córka wyprawia. Zwłaszcza mając tak dobrze zorganizowany wywiad. Przedstawiciele służb wywiadowczych wahali się początkowo, czy o ekscesach z udziałem królewny należy równie gorliwie donosić, jak o piekarzu, który się wymiguje od płacenia podatków, ale ostatecznie poczucie obowiązku i duma zawodowa zwyciężyły.
Wiele też rzeczy można królowi zarzucić, ale nie to, że był idiotą. Zaś nie-bycie-idiotą zobowiązuje. Czuł się tedy zobowiązany, by coś z tą sytuacją zrobić. Może inny ojciec, mniej wyrachowany, za to bliższy pojęciu idioty, wezwałby córkę przed swe oblicze i zaczął umoralniać długimi kazaniami o cnocie. Mógłby ją też zamknąć w wieży, co było jeszcze głupsze, bo dawało asumpt do snucia wszelakich domysłów i rozpowszechniania plotek. Takie praktyki zawsze podkopują autorytet władzy, a od podkopywania autorytetu do rewolucji już niedaleko.

Należało zrobić coś innego. Trzeba Izoldę jak najszybciej wydać za mąż. Wtedy niech się małżonek martwi tym nieposkromionym temperamentem. Albo mu potencja dopisze, albo będzie miał kłopoty. Wtedy jednak będą to już jego – znaczy małżonka – kłopoty. Był też inny powód, który skłaniał Calhuma do takiego rozwiązania. Jego państwo zaczynało trzeszczeć w szwach. Zabrakło Morholta, który był znakomitym wodzem i potrafił trzymać ludy podbite w ryzach. Teraz małe książątka ośmielone jego śmiercią podnosiły głowy. Na dalekiej północy Piktowie ostrzyli już zęby i inny sprzęt bojowy. Jeśli do tych wrogów dołączy król Marek, który właśnie zrzucił dominację Calhuma, to państwo się nie ostoi.

Skro zaś nie można już Marka podporządkować, to pozostaje z niego zrobić sprzymierzeńca. Od niepamiętnych czasów do tego politycznego celu służyły królewskie córki. Taki mariaż pozwoli rozwiązać za jednym zamachem dwa problemy. Zaczął więc przygotowywać poselstwo. Do dobrego tonu u każdego tyrana należało nie pytać córki o zdanie. Król i w tej sprawie potrafił się zachować jak trzeba i nie zapytał.

Część dziewiąta – poselstwo na dworze króla Marka

W tym mniej więcej czasie Tristan opromieniony chwałą i nieco zamroczony alkoholem (zawsze pił na morzu) wrócił do zamku króla Marka. Został powitany z wielką radością, gdyż wszyscy byli przekonani, że bohater dawno już wyzionął ducha. Szczególnie uradowane były niektóre damy, choć nie było to radość pełna i całkiem szczera. Wszak znowu trzeba będzie współzawodniczyć o jego względy, a potem nawet przyjemności żadnej z tego nie będzie. Tak, tak – życie dworskiej damy nie jest łatwe.

Gdy bohater aklimatyzował się na dworze i przemyśliwał, jak zdobyć Izoldę przybyło poselstwo od króla Calhuma. Król Marek wysłuchał posłów z uwagą, kazał przygotować ucztę na ich cześć, choć go jeszcze brzuch bolał po powitalnej uczcie na część Tristana, i obiecał, że niebawem da odpowiedź. Chciał się naradzić ze swoim najlepszym przyjacielem – Tristanem.

Ten usłyszawszy wieść zaniemówił. Nie mógł zdecydować, czy to dobrze czy źle? Będzie wszak blisko Izoldy. Okazja nadarzy się nieraz na schadzkę. Czy jednak chciał, by ich miłość tak wyglądała? Miał zdradzić swojego przyjaciela i suwerena? Jeśli się sprzeciwi małżeństwu, to być może nigdy już Izoldy nie zobaczy i na zawsze pozostanie impotentem. Cóż robić?

Król Marek przypatrywał się przyjacielowi i nie rozumiał powodów jego zmieszania:
– Czy obawiasz się jakiegoś podstępu? – zapytał
– Z Calhumem nigdy nic nie wiadomo – odparł Tristan grając na zwłokę
– Słyszałem, że jego córka jest bardzo piękna i cnotliwa – stwierdził Marek trochę bez związku
– Zapewne… – mózg Tristana pracował z całą mocą, na jaką stać mózgi legendarnych bohaterów
– Cóż więc radzisz?

Tristan uznał, że nic mądrego nie wymyśli. Najlepsze co może zrobić to zaofiarować się, że pojedzie po królewnę. Po drodze postanowi co dalej. Można będzie uciec z Izoldą albo ostatecznie przywieźć ją na dwór i spotykać się potajemnie. Może też Brangien wymyśli jakieś lepsze rozwiązanie. Najważniejsze to znowu zobaczyć ukochaną.
Król Marek wzruszył się gotowością Tristana. Wiedział, że nie jest bezpiecznie udawać się na dwór Calhuma, ale po cóż są bohaterowie? Jeśli ktoś mógł doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca, to właśnie Tristan. Chętnie więc zgodził się na jego propozycję i nazajutrz dał odpowiedź posłom.

Po kilku dniach wraz z posłami i otoczeniu strojnej świty nasz bohater wyruszył na spotkanie przeznaczenia. Wiózł też bogate dary dla Calhuma i przyszłej małżonki Marka. Wiał silny północny wiatr i morze było wzburzone… Acha, jeszcze jedno. Damy odetchnęły z ulgą.

Część dziesiąta – pas dla Izoldy

Spoglądam ci ja na wasze twarze i widzę u niejednego czające się podstępnie niedowierzanie. Taki właśnie los tych, co prawdę głoszą. Myśli jeden z drugim, że o środkach na potencję opowiadać się nie godzi. Przystoi miast tego o cnocie i męstwie pouczać. Zali mało macie takich co to czynią? Czy potrzebna wam kolejna opowiastka pełna morałów i rzeczy niebywałych? Skoro zaś wszelkim łgarzom i mędrkom trunku nie żałujecie to i mnie bardowi, który jest jednocześnie heroldem prawdy, napitku nie skąpicie. Na boginię Brigit, nie skąpcie!
Nie jestem ja wcale opilcem i żarłokiem, jeno praca moja, którą ku uciesze i pouczeniu waszemu wykonuję, częstego pokrzepienia się wymaga, bo lekka ci ona nie jest…

Nie będziemy się tu rozwodzić na przygodami Tristana na morzu. Niektórzy mówią, że walczył z piratami, choć nikt z towarzyszących mu osób tego nie potwierdza, zaś sam Tristan – zapewne przez skromność – nigdy nie zaprzeczał. Wiadomo jednak na pewno, że swoim zwyczajem na morzu wina sobie nie żałował. Takie już miał nawyki.
Dość, że szczęśliwie dotarli w pobliże siedziby Calhuma i nawet zostali w miarę życzliwie powitani. Król miał ochotę wtrącić Tristana do lochu, co było zrozumiałe w świetle jego wyczynów za poprzedniej bytności, a i podejrzenia o zgładzenie Morholta. Jednak w obecnej sytuacji politycznej nie mógł tego zrobić. Jedyne co mu pozostało to ugościć bohatera, by później wyprawić go z Izoldą na morze do jej przyszłego małżonka.

Postanowił jednak przedsięwziąć pewne środki ostrożności i nie dopuścić do schadzki młodych. To mogłoby zaważyć na jego planach, a nawet doprowadzić do skandalu. Ogłosił więc, że Izolda potrzebuje odosobnienia, by przygotować się do małżeństwa, zamknął ją w komnacie i ustawił straże. Wiedział, że gdy już razem wyruszą nic nie będzie mógł zrobić. Ucztował z Tristanem, uśmiechał się i myślał. Wreszcie wymyślił.

W sekrecie kazał zawezwać kowala, mistrza w swojej sztuce i zapytał go o możliwość wykonania pasa cnoty. Kowal dość niechętnie podjął się tego zadania. Każdy choć trochę wtajemniczony wiedział, że pasy te są bardzo niewygodne, a jeśli królewna zacznie się skarżyć na niewygodę, to kowal straci głowę!

Był to mimo wszystko mistrz nad mistrze i zrobił czego od niego oczekiwano. Trochę siłą, a trochę perswazją zaufane damy założyły pas Izoldzie tuż przed oddaniem jej pod opiekę naszego bohatera. Pozostało pytanie komu wręczyć kluczyk do owego cudu techniki kowalskiej. Wydawało się logiczne królowi, że najlepszą kandydatką do tej misji będzie Brangien. Już widzę wasze uśmieszki na twarzach. Calhum miał zaufanie do dworki królewny, a ona sama nie była taka głupia, by królowi się narażać. Przynajmniej nie rozważywszy całej sytuacji dogłębnie…

Wyekwipowano tedy wielki okręt. Zasiedli na swoich miejscach wioślarze, i wstąpiła na pokład eskorta. Za nią weszła Izolda w pasie, Tristan z nadzieją, a Bragnien z kluczykiem i zapasem tabletek na potencję. Przyznacie sami, że dość wybuchowa to była kompozycja.

Zakończenie

Już pierwszego wieczoru Tristan zderzył się z gorzką rzeczywistością w postaci pasa cnoty. Nie muszę dodawać, że ten gadżet erotyczny go nie zachwycił. Kochankowie drogą dedukcji starali się dociec, kto może mieć kluczyk do owego pasa. Zaś, że dedukcja nie była ich mocną stroną, zajęło im to dwa dni i dwie noce.
Gdy wreszcie dotarło do nich, że jedyną osobą na statku, która może mieć kluczyk jest Brangien, Izolda wezwała dworkę na rozmowę. Jednak nie pomogły rozkazy ani błagania. Nawet dziki szloch królewny nie skruszył serca Brangien. Tłumaczyła Izoldzie, że w tej sytuacji niebezpiecznie jest oddawać się namiętności z Tristanem. Jeśli mariaż z Markiem nie dojdzie do skutku, bo sprawa się wyda, o co wszak na statku nietrudno, to ona straci głowę, a Izolda strawi młodość w lochu.

Potem do dzieła przekonywania przystąpił Tristan. On również nic nie zdziałał. No może prawie nic. Ostatecznie zaciągnął do łoża dworkę zamiast pani. I tu się sprawa ostatecznie wydała. Mądra Brangien zrozumiała w czym rzecz i co więcej… Zrozumiała, że Tristan nie rozumie. Przecież bohater nie może się przyznać, że ma problemy z erekcją. Nawet sam przed sobą. Myślał, że to namiętność do Izoldy i jej wdzięki tak na niego działały…

Jak najdelikatniej umiała, Brangien wytłumaczyła mu całą sprawę z Eronem. Na potwierdzenie jej słów Tristan połknął jedną tabletkę i potem już noc zeszła im na czym innym niźli rozmowa. Trzeba wam też wiedzieć, że zmyślna Brangien dotarła do jaskini czarodzieja przed agentami króla i teraz miała wielki zapas środków na potencję. Część z nich wręczyła naszemu bohaterowi i zasugerowała mu, że już może starać się o rękę Izoldy o Białych Dłoniach, co ten postanowił zrobić.

Wkrótce dopłynęli do krainy króla Marka. Izolda cokolwiek nadąsana rozchmurzyła się nieco wspaniałym powitaniem, jakie zgotował jej przyszły mąż. Odbyło się huczne wesele, na którym i ja byłem. By zaś cała historia dobrze się zakończyła zmyślna Brangien odemknęła pas w odpowiednim momencie i dosypała komu trzeba Eronu do kielicha. Mnie się też trochę dostało i mogę potwierdzić skuteczność tego magicznego preparatu. Z kim wówczas…? O to mnie nie pytajcie. Nie jestem tak głupi jak stary mag!

Kilka dni po weselisku Tristan z królewskim błogosławieństwem pojechał po Izoldę o Białych Dłoniach. Ponoć dość szybko przekonał ją, iż są takie aspekty miłości, o których nawet poeci milczą.

Wiem. Spodziewaliście się morza krwi, zdrady i tragedii. Nic z tych rzeczy. Tak nie było, jak mawiają nasi byli okupanci amor vinci omnia. Ja zaś mogę dodać amor feminis nostra lex i jak wiadomo dura lex sed lex. Koniec opowieści. Pora udać się na spoczynek. Czy któraś z szanownych dam, chce się przekonać, iż opowieść ta była prawdziwa?

Reply