Tristan i Izolda – antylegenda cz. 2

Część druga – konsternacja kochanków

Człek nie koń jeno bestia myśląca i rozumna. Tedy mnie nie przynaglajcie. Zaraz opowiem co dalej było, tylko się Bushmillsem pokrzepię, by jako ów koń wody nie żłopać. Legenda zaś jest nieśmiertelna, więc i nam nie ucieknie. Za to bard umrzeć z pragnienia może…

Pytacie mnie skąd wiem, co się działo w jaskini pomiędzy urodziwą Brangien, a paskudnym czarodziejem co pokątnie magiczny środek Eronem Plus zwany sprzedawał? Niech piorun na miejscu trafi tego, kto uważa, że łgam lub ową parę podglądałem. Bard swój honor ma. Kryć się po kątach nie musi. Myślicie może, że czarodziej do dżentelmenów się zaliczał? Do tych co o pewnych sprawach nie rozprawiają? Nic z tych rzeczy. Pochwalił się tym już kilka dni później. Może to on zmyślał, ale ja tylko powtarzam com słyszał. Wasza rzecz wierzyć lub nie wierzyć.
Idźmy dalej w naszej opowieści. Jam też nie dżentelmen ino bard. Inne są moje powinności. Jeszcze łyk złocistego trunku i opowieść może toczyć się dalej…

Fakt, że Brangien z wielkim poświęceniem tajemniczy środek na potencję zdobyła wszystkich problemów nie rozwiązał. Sam Tristan, mąż okazały i dzielny, popadł w melancholię. Nie dość, że ramiona osłabione od ran posłuszeństwa mu odmawiały i długo jeszcze mieczem władać nie będzie mógł, to i inna część ciała dobrze się nie sprawiała. Czym tu zaimponować pięknej królewnie? Jeno dyshonor.

Izolda natomiast była damą o nienagannych manierach. Wiedziała, że łatwo honor rycerza urazić. Nie mogła wprost podać mu przyniesionego Eronu i wyjaśnić czemu służy. Na tej drodze serca mężczyzny się nie zdobywa, a na zawsze zrazić go można.

Trwali tak oboje kilka dni w konsternacji. Izolda pielęgnowała Tristana, rany powoli się goiły, ale napięcie rosło. Jak zawsze wkroczyć musiała zacna Brangien. Bez jej udziału nie byłoby tej legendy ani symbolu wielkiej miłości. Wprawdzie ludzkość doskonale by się bez tego wszystkiego obyła, ale biedny bard nie miałby o czym śpiewać, a tysiące mężczyzn dotkniętych problemami z erekcją nigdy nie znalazłoby wyjścia z trudnej sytuacji.

Służąca widząc, że sprawa utknęła w martwym punkcie starła dwie tabletki na proszek i wsypała do kielicha z winem przeznaczonym dla Tristana. Stąd wzięło się to przekonanie o napoju miłosnym, który połączył kochanków. Inni posługiwali się takim eufemizmem. Tylko ja odważyłem się opowiedzieć Wam czym był w istocie ten napój.
Wino ze środkiem na potencję rzeczywiście połączyło kochanków. Ich kłopoty na razie się skończyły. Rozpoczęła się za to wielka miłość. Jednak to nie koniec opowieści.

Część trzecia – skutki braku dyskrecji

Czarodziej był paplą jakich mało. Nie tylko mnie opowiedział o wizycie Brangien. Lubił się chwalić, a w jego profesji to nie przystoi. Powinien zachować więcej dyskrecji lub choćby trochę rozsądku. Szybko sprawa doszła do uszu króla. Co by złego nie mówić o tyranach, zazwyczaj wywiad mają bardzo dobrze zorganizowany. Wszelkie zaniedbania w tej dziedzinie mszczą się straszliwie.

Tym sposobem król dowiedział się o romansie córki. Nie dość, że nie z własnych rycerzem, to wprost z wrogiem. Najprawdopodobniej z tym samym, którym śmierć zadał mężnemu Morholtowi. Stary mag już wcześniej podpał królowi, więc teraz bez ceregieli wzięto go na tortury. Trochę porozciągano, nieco przypieczono, ale nic więcej z niego nie wydobyto. Kryjówki Tristana nie zdradził, bo jej nie znał. Jedynie wydał resztę zgromadzonych afrodyzjaków i pogodzony z losem wyzionął ducha.

Rozpoczęto cichą inwigilację dworzan. Wsparto to działanie śledzeniem wszystkich podejrzanych, a zwłaszcza samej Izoldy. Podjęta z rozmachem akcja wywiadowcza musiała prędzej czy później przynieść pożądane efekty.

W tej sytuacji Tristana i wielką miłość mogła uratować tylko jedna osoba. Brangien. No cóż. Nie moja to wina, że wszędzie jej pełno w tej opowieści, ale skoro kochankom tylko jedno było w głowie, ktoś inny musiał czuwać i myśleć za nich. Brangien głupia nie była. Nie uszło jej uwadze co się wokół dzieje. Doniosła swej pani jej ukochanemu o podjętych poszukiwaniach. Izolda popadła w rozpacz, a Tristan uznał, że miecz chwyci i zginie jak bohater. Z dezaprobatą pokręciła głową dzielna służąca. Czemu główne postacie legend zawsze odznaczają się taką głupotą? Czy jest to jakiś warunek wstępny i konieczny, by bohaterem zostać?

Jednak nie było czasu na snucie podobnych rozważań. Brangien miała umysł praktyczny i widziała, że już wkrótce kochankowie zostaną przyłapani, jeśli ona niczego nie wymyśli. Wprawnym okiem oceniła stan zdrowia Tristana. Skoro za miecz chciał chwytać, to chyba i wiosłować będzie już umiał.

Bez ociągania wyekwipowała mocną łódź. Tristan zaopatrzony w wodę i jedzenie wyruszył na morze. Skorzystał z nadchodzącego odpływu, by ujść pogoni. Uroczyście przyrzekł, że wkrótce powróci po swą ukochaną. Inaczej pewnie by go nie puściła. Rozstali się wreszcie po czułym pożegnaniu. Natomiast o tym, co stało się z Eronem plus, a dokładniej z resztą opakowania, legenda milczy, więc i bard zamilczy. Do czasu! Do czasu…

Reply


5 + jeden =